Wpisy archiwalne w kategorii

Mbike

Dystans całkowity:6188.32 km (w terenie 3695.00 km; 59.71%)
Czas w ruchu:385:39
Średnia prędkość:15.66 km/h
Maksymalna prędkość:73.90 km/h
Suma podjazdów:61675 m
Maks. tętno maksymalne:205 (103 %)
Maks. tętno średnie:170 (85 %)
Suma kalorii:115318 kcal
Liczba aktywności:132
Średnio na aktywność:46.88 km i 3h 03m
Więcej statystyk

MTB Cross Maraton - Kielce

Sobota, 5 października 2013 | dodano: 09.10.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst62.84/50.00km w04:06h avg15.33kmh vmax52.80kmh HR 162/183

O przygotowaniach do tego startu mogę napisać tylko tyle, że ich nie było. No cóż, ostatni start, trzeba mieć to już za sobą.. Trasa kieleckiego maratonu jednak cieszy się u mnie szczególną sympatią – ciekawa, interwałowa, pełna szybkich i krętych singli, do tego rejon Kielc po prostu lubię. Od kilku dni pogoda jest mocno jesienna – przymrozki o poranku i skąpe 10* w ciągu dnia – prognozy na maraton nie wróżą wyjątku, na pewno nie będzie gorąco. Wyjeżdżamy z Warszawy z Magdą, Łukaszem i Pawłem – na termometrze jakieś 2*.. Start maratonu połączono z odbywającymi się aktualnie w kieleckich halach EXPO targami rowerowymi – super pomysł, start z hali, odpada problem wychłodzenia w oczekiwaniu na start w sektorze, a po doturlaniu się do mety może uda się co nieco obejrzeć? Bardzo krótka rozgrzewka i do sektora, który ponownie mi przysługuje, pomimo fatalnego wyniku w Sobkowie.

Początek asfaltami za samochodem, tzw dojazdówka w teren – coś czego nie można uniknąć, tempo momentami zabójcze, prędkość powyżej 50kmh, nagle wjeżdżamy na dziurawą szutrówkę, za chwilę na łąki, szybko peleton się rozciąga. Nie szarżuję, muszę uważać na kolano, poza tym przede mną jakieś 4-4,5 h walki z górami, a że nie jestem w najlepszej formie, muszę się pilnować, nie przejmuję się, że Paweł i Michał uciekają. Po kilku kilometrach i pierwszej górce, na której zagotowałem się – na kolejnej trzeba zrobić postój na pozbycie się buffa i siku.. mija mnie masa osób.. Przed słynnymi torami mijam Pawła – guma, wielka szkoda:( Przejazd wzdłuż torów i odbicie do Pasma Zgórskiego – kultowego pasma wciśniętego między trasą S7 i linią kolejową, znanego doskonale z maratonu w Nowinach. Miód malina! Fajne, momentami naprawdę wymagające podjazdy i szybkie, techniczne zjazdy, pełne pułapek. Były dwie ostre ścianki – na pierwszej wyprzedziłem m.in. Krysię z MyBike. Później długo jechaliśmy razem aż do bufetu. Na bufecie, jak zwykle, świetna obsługa i miła niespodzianka – brzoskwinie, i to twarde, tak jak lubię! Moje tempo nie jest rewelacyjne, ale jadę równo, zjazdy robię dobrze, na podjazdach walczę, czuję się dobrze, ale zastanawiam się na ile czasu starczy paliwa?

Za bufetem długi podjazd (drugi już raz dzisiaj) na Zieloną, dalej Patrol i Trupień – kapitalne szlaki. Udaje mi się dojść Lucjana. Pętlę Master kończymy świetnym zjazdem z Trupienia, wjazd na nasyp kolejowy i słynna kołyska po tłuczniu – kilka kapci tutaj na pewno było.. Z kieleckiej czasówki sprzed dwóch lat pamiętam, że za wiaduktem czeka nas ostre podejście na Kolejową – dzisiaj jednak trasa odbija z nasypu w dół i Kolejową zdobywamy od innej strony – w sumie dobrze, że nie ma niepotrzebnego butowania. Dalej kapitalny szlak przez Biesak w dwóch miejscach jest za mocno i schodzę z roweru.. Las zachwyca jesiennymi kolorami, pogoda zrobiła się prawie letnia – strasznie żałuję, że nie ubrałem się tak, jak przez cały rok na trudne warunki, czyli jednak tylko krótkie spodenki, potówka i rękawki – zwyczajnie gotuję się na podjazdach. Drugi bufet i znowu moje ulubione brzoskwinie!

Wiem, że przede mną jeszcze jakieś półtorej do dwóch godzin walki z czasem. Rzut oka na Garmina – coś tu się nie zgadza, przewyższenia wskazują, że za chwilę wyjedziemy z terenu i czeka mnie dokrętka 20km do mety po płaskim? Niemożliwe, czyli będzie więcej niż 1200 w pionie.. Fajny podjazd pod Pierścienicę, mijam wyciąg i znowu w dół, zjazd bardzo szybki i stosunkowo łatwy, ale fajny! Kolejne kilometry mniej wymagające, ale ciągle góra-dół-góra-dół. Przed wyjazdem z lasu w Białogonie dochodzi mnie Marek Zając, który nadrabia po problemach z zakleszczonym łańcuchem. Wyraźnie zwalnia i siadam na kole. Jedziemy razem odcinek przez trasę 762 i po łąkach. Podjazd na Bruszną robię już sam – pamiętam tą górę z czasówki, ale robiliśmy ją w odwrotnym kierunku. Zjazd super – trochę kamieni, skałki. Dalej wyjazd na łąki i kapitalny odcinek przez Grabinę – super widoki, ciekawa trasa, teren ma potencjał na XC! W końcu wyjazd na płaską jak stół dojazdówkę do mety – trochę szutrami, trochę asfaltami. Na końcówce wyprzedza mnie i zostawia Wojtek z MyBike, na ostatnich kilkuset metrach zaczynam go dochodzić, ale ostateczny atak zostawiam sobie na ostatnią prostą – niestety za późno zorientowałem się, że meta jest zlokalizowana kilkaset metrów przed halą, z której startowaliśmy, nic to, wiele nie straciłem.

Moje wrażenia? Kapitalna trasa, poza nudnym i niebezpiecznym dojazdem do terenu, cały czas coś się dzieje. Podjazdy równe i techniczne, ostre i łagodne, trochę kamieni, sporo piachu, kolein, gliny. Chyba najlepsza trasa całego cyklu w tym roku. 1500 m w pionie pokonane w zasadzie na ok. 45 km trasy mówi samo za siebie. Wynik słaby – adekwatny jednak do mojej obecnej formy. Magda zadowolona z jazdy – ostatecznie w generalce wywalczyła 2 miejsce! Drużynowo dzisiaj pechowo – zarówno Ula, Paweł i Romek nie ukończyli zawodów i w efekcie dosłownie o włos przegraliśmy 3 miejsce w klasyfikacji generalnej, wielka szkoda.. Dekoracje sporo przeciągnęły się w czasie, ale było warto – pamiątkowa koszulka za 6 startów i fajne nagrody.

1 Open / 1 M2 Patryk Piasecki 3:03:08
54 Open / 21 M2 ktone 4:06:41

rating 74.2

Tegoroczna lina MTB Cross Maraton to mój pierwszy zaliczony w całość cykl – wystartowałem we wszystkich 8 edycjach. Rywalizację ukończyłem na 13 pozycji – za rok ten cykl na pewno moim głównym polem rywalizacji, oczywiście obok wyścigów etapowych. Teraz będzie dużo czas na planowanie – koniec sezonu 2013!
/2536608
Maraton w Kielcach był moim ostatnim na carbonowym ścigancie marki Mbike - w niedzielę po maratonie rower sprzedałem..


Kategoria xt1, W towarzystwie, Teren, Mbike, Imprezy / Wyścigi, Góry, 050-100

Barania Góra

Niedziela, 22 września 2013 | dodano: 07.10.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst25.09/22.00km w02:19h avg10.83kmh vmax58.90kmh HR 133/165

Niedzielny rozjazd po maratonie jest świetną okazją do zdobycia wreszcie Baraniej Góry. Niech zdjęcia mówią za siebie - było kapitalnie, a na zjazd niebieskim szlakiem na pewno wrócę kiedyś z cięższym rowerem:)















/2536608


Kategoria 000-050, Góry, Mbike, Teren, W towarzystwie, xt1

MTB Marathon - Istebna

Sobota, 21 września 2013 | dodano: 07.10.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst77.08/60.00km w06:15h avg12.33kmh vmax65.10kmh HR 155/181

Ostatnie dwa tygodnie po wyjeździe do Łomnicy niestety bez roweru. Martwi mnie ból kolana po kręceniu po maratonie, złapało mnie też przeziębienie.. Również prognozy pogody i perspektywa powtórki warunków na trasie z MTB Trophy nie zachęcają. Mimo to do Istebnej jedziemy – ostatni maraton, ostatnia okazja do kręcenia po prawdziwych górach, dekoracje za generalkę.. Jedziemy z Magdą, Jarkiem i Tomkiem, śpimy oczywiście u Madziara. Są też Albert z rodzinką, [ur=http://k4r3l.bikestats.pl/]Kuba i [url=http://jpbike.bikestats.plJacek[/url]. W nocy przebudziły mnie krople walące nieznośnie o dach, podobnie rano – pada. Nastroje słabe, ale kiedy zjeżdżamy do Istebnej na start przestaje padać, robi się cieplej.

Trudne warunki na trasie dają szasnę, że na maratonie będzie się coś działo – trasa w większości pokrywa się z zeszłoroczną – szału nie robi, ale kiedy jest morko, to co innego;) Nie napinam się, wiem, że skoro nie jeżdżę od dobrych kilku tygodni, nie jestem w formie. Pierwszy podjazd jest dla mnie bardzo ciężki, szybko się zagrzałem, zapchane zatoki sprawiają, że szybko spadam w ogon i poważnie myślę nad wycofaniem się… Jest ciężko, ale jakoś udało mi się dotrzeć do pierwszych zjazdów – od razu humor mi się poprawił. Sporo wyprzedziłem, sporo zabawy, rower ucieka, ale w gruncie rzeczy błota nie jest dużo, na pewno nie jest więcej niż na Trophy ;) Kolejne podjazdy idą zdecydowanie lepiej. W Leszczynie zrzucam z siebie kamizelkę i rzucam obok naszej kwatery. Dochodzę Jarka i o dziwo zostawiam na podjeździe do Stecówki. Fajny techniczny podjazd, szczególnie wymagający z uwagi na błoto – bardzo lubię takie odcinki. Przed Stecówką odbijamy na zjazdy do Pietraszonki. Kolejny fajny podjazd po piaskowcowych płytach – całość bez akrobacji w siodle. Dalej na odcinku do Gańczorki staram się gonić Michała, którego mam w zasięgu wzroku – po kilku kilometrach dystans nadal wynosi około minuty. Podjazd na Gańczorkę ciężki, ale sam zjazd genialny! Dalej Mała Gańczorka i Tyniok – tutaj jak zwykle bardzo dużo śliskiego błota. Udało się dogonić Michała, niestety na dwóch krótkich hopkach nie musiałem butować – napęd w tym błocie zaciągał.. Trochę straciłem, szczególnie nerwów..

Zjazd asfaltami i I bufet na dzisiejszej trasie. Łapię szybko coś do jedzenia i atakuję podjazd do Koniakowa. Niestety dzisiaj byłem za słaby, wymiękłem dokładnie w tym samym miejscu, co Michał i Grzesiek z SCS OSOZ.. Przejazd przez Koniaków – tutaj straciłem do Michała znowu jakąś minutę – nie wiem czemu, ale odkąd pierwszy raz jechałem podjazd na Ochodzitą w 2011 roku, zawsze ten odcinek jadę źle. Pogoda się poprawiła, momentami słoneczko przebija przez niskie chmury, co daje niesamowite efekty świetlne – widoki cudne! Sam podjazd na Ochodzitą jadę mocno, gonię i udaje mi się wyprzedzić dwóch zawodników – wiem, że na zjeździe zawsze mnie ktoś blokuje. Tym razem blokuję sam siebie, robię głupie rzeczy i w efekcie mam wrażenie, że zjechałem bardzo wolno, jednak nadrobiłem do poprzedzających mnie zawodników. Dalej Przełęcz Rupienka i podjazd Trojaki i Kikulę – jest masa czerwonego mazistego błota. Krótki odcinek muszę butować – błoto zakleiło cały rower, podobnie jak na Trophy na podjeździe na Rysiankę.. Na Kikuli chcę z przyzwyczajenia z Trophy jechać prosto do Zwardonia – zapomniałem, że nie jedziemy na Wielką Raczę;) Odbicie w prawo na słynne słowackie łąki – w tych warunkach jest ciekawie. Śmiganie ponad 40 kmh nie mając nawet cienia marginesu przyczepności nie jest fajne.. Bufet, łapię szybko owoce. Dochodzę Kubę:)


Ruszamy razem. Napęd niestety znowu zaciąga. Irytuje mnie to, bo wiem, że siłowa jazda skończy się znowu bólem kolana.. Zostawiam Kubę na zjazdach do doliny – jest szybko, błotko wali spod kół na twarz, ja oczywiście nie mam okularów, ledwo widzę, ale jadę;) Zjazd w tych warunkach bardzo fajny, wymagający! Krótki odcinek w dolinie i już wiem, co mnie czeka – ostre podejście. Pamiętam ten odcinek z zeszłego roku.. Na ściance widzę Michała, którego szybko udaje mi się dogonić i tak we dwóch wędrujemy. Szkoda, że nie udało się znaleźć jakiejś sensownej alternatywy dla tego podejścia.. Na łące wychodzi słoneczko i grzeje, Michał częstuje żelkami.. No jak tu jechać! ;) W końcu zostawiam Michała i próbuję zrobić trochę przewagi. Na jednym z szybkich zjazdów zaliczam spektakularną glebę i poślizg, tylko cudem udało mi się uniknąć nurkowania w kałuży;) Chwilę później obiłem sobie krocze…
- masz dzieci?
- jeszcze nie…
- no to może być problem.. ;)
Trzeba jechać dalej. Końcówka pętli na Słowacji – znam z Trophy. Przeprawa przez uszkodzony mostek, krótkie ostre podjazdy, walka z zaciągającym łańcuchem.. Wyjazd w końcu na asfalty – stąd jedziemy z Michałem do bufetu razem. Na bufecie Michał ratuje mnie smarem – dzięki! Szybkie asfaltowe zjazdy i jesteśmy w Jaworzynce – inaczej niż planowano, ale podobno na te asfalty oszczędziły nam brodzenia w błocie po kolana.. Jeszcze tylko doskonale znana dojazdówka przez Jaworzynkę i Istebną do mety – końcówka jednak poprowadzona ścieżką dydaktyczną nad Olzą - ominęliśmy słynnego killera po korzeniach, ale był też fajny zjazd i w tych warunkach do zrobienia w siodle. Na krótkich drewnianych schodkach jednak wymiękłem – wiem jak śliskie one potrafią być w połączeniu z beskidzkim błotem. Rozjazd mega / giga, dosłownie 50 m od mety, draństwo;) Bufe – chwytam żel.

Przede mną pętla mini – podjazd pod Stożek i teoretycznie szybkie zjazdy, na koniec dojazdówka asfaltami wzdłuż Olzy. Pikuś.. Początek podjazdu pod asfaltach szutrach robię w dobrym tempie, ale po wjechaniu w teren odczuwam brak treningów przez ostatnie tygodnie i osłabienie przeziębieniem – powoli, ale systematycznie schodzie ze mnie powietrze. Są momenty, że na zupełnie łatwym szlaku schodzę z roweru, jak głupi wcinam żel i podziwiam przebijające przez drzewa widoczki.. Końcówka podjazdu już w siodle, dochodzi mnie Michał i razem jedziemy do zjazdów. Udało mi się odskoczyć, zjazd fajny, ale nieco krótki;) Dalej kręcimy szutrówką lekko w górę. Na odcinku urozmaiconym zrywką – świetny pomysł tak puszczam maraton… - dochodzi nas Jarek. Dalej jedziemy we trzech. Na podjeździe muszę się mocno naginać, żeby utrzymać tempo. Na szczęście szybko zaczynamy zjazdy - początek szybki, ale w drugiej części wjeżdżamy w ciemny las, czarna gliniasta ziemia, korzenie, trochę kamyczków – jest super! Niestety jakieś 20 m przed wyjazdem na asfalty łapię snejka..

Wymiana gumy zajęła mi jakiś kwadrans, sporo czasu walczyłem ze zdjęciem opony z obręczy. Zdążyłem porządnie się wychłodzić, a chęć dalszej jazdy opuściła mnie totalnie.. Dojazd do mety asfaltami bez wyrazu, nie pomógł nawet kapitalny singielek z Ostrej Hory do Olzy…

Wynik i przede wszystkim odczucia z jazdy niestety odzwierciedlają moją aktualną formę - ale nie ma się czemu dziwić, żeby jeździć, to trzeba jeździć. Błotko na zjazdach jednak nadal sprawia mi chorą radochę:) Magda zadowolona z jazdy – dzisiaj 6 miejsce w kategorii, ale najbardziej zadowolona jest z bezpośredniej walki na trasie z Kamilą. W klasyfikacji generalnej udało się jej awansować na 4 pozycję! W klasyfikacji drużynowej niestety spadliśmy na 6 pozycję. Sezon w cyklu MTB Marathon kończę na 12 pozycji, ale nie ostatniej – jest postęp.. Na podsumowanie przyjedzie jeszcze czas..
/2536608


Kategoria 050-100, Góry, Imprezy / Wyścigi, Mbike, Teren, xt1

Góry Sowie i Wałbrzyskie

Niedziela, 8 września 2013 | dodano: 18.09.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst61.37/45.00km w04:37h avg13.29kmh vmax70.70kmh HR 130/

Awaria samochodu Jarka trochę nam pokrzyżowała plany na przedłużony weekend – naprawa przeciągnie się przynajmniej do wtorku, kiedy to oboje z Magdą musimy wracać do pracy, czeka nas więc powrót pociągiem z Wałbrzycha. Nie zmienia to faktu, że mamy całą niedzielę :)

Jeszcze wieczorem opracowujemy wstępny plan – obowiązkowo Wielka Sowa i zjazd do Walimia, Rogowiec i może Andrzejówka, może nawet zjazd do Sokołowska. Dołączają do nas Albert i Łukasz. Ruszamy ok. 10, pogoda zapowiada się idealna, kierunek Głuszyca Górna.

Udaje mi się poprowadzić ekipę do zalanego kamieniołomu – piękne miejsce, w którym niegdyś miałem wykład i obiecałem sobie, że wrócę tu na rowerze..

Miejsce rzeczywiście niezwykle urokliwe..

Dalej kierunek Głuszyca, krótki postój przy stacji kolejowej, z której ciekawostka, kursuje nowoczesny szynobus do Wałbrzycha i Kłodzka

Ruszamy przez Głuszycę (krótkie zakupy), Kolce w Masyw Włodarza. Przejeżdżamy obok wielkiej atrakcji tego regionu – tzw. Podziemnego miasta Osówka

Dojazd asfaltami do Grządek

..i malowniczym szlakiem z widokiem na Masyw Wielkie Sowy do Sierpnicy


Zamiast forsować ostry podjazd na Sokół znany z maratonu w Głuszycy, zjeżdżamy do Rzeczki asfaltami, nie do końca jestem fanem tego wariantu – wytracać przewyższenia asfaltami, ale trzeba przyznać, że widoki przednie!

Dalej mam okazję zmierzyć się z podjazdem do schroniska pod Sokolicą, dobrze pamiętam ten podjazd z mojego pierwszego maratonu w górach, dokładnie 3 lata temu – wtedy podjazd butowałem. Dzisiaj spokojnie w siodle.

Chwilę szukam trawersu, którym zjeżdżaliśmy na maratonie do Sokolca, ale q końcu odpuszczam i jedziemy szlakiem w kierunku Sokolicy. Na szlaku sporo ludzi, a że nie brakuje kamieni, uskoków (w górę) i korzeni, to dopingują nas – dobrze, że nie jedziemy w dół;)

Trochę zjazdów też jest, dobrze, że ludzi mniej, od schroniska Sowa szybkim szlakiem dokręcamy na przeł. Kozie Siodło

Stąd już oczywiście doskonale znanym szlakiem po kamieniach na Wielką Sowę. Zadziwiające jak łatwo mi się podjeżdża – dopiero teraz widzę, jak olbrzymie znaczenie ma efekt zmęczenia na MTB Challenge, kiedy podczas V etapu przegrałem na tym podjeździe z kamieniami..


Na szczycie krótki postój :) Chwilę się wahamy, czy nie spróbować niebieskiego szlaku, szczególnie kiedy miejscowa bikerka zapytana o ten szlak odpowiada „jest niebezpiecznie”, ostatecznie jednak nie możemy zrezygnować ze zjazdu do Walimia znanym nam szlakiem żółtym:)

Początek szybki, choć wcale nie łatwy, momentami trochę za bardzo szalejemy z Albertem, na pewno tak jest zdaniem mijanych piechurów..

Sam zjazd z Małej Sowy, szczególnie początek, miodzio!

Nie ma czasu na robienie zdjęć. Druga część zjazdu to już mocna rąbanka i tu mój entuzjazm jest mniejszy, ale nadal jest ciężko = fajnie! Zjeżdżamy do Walimia i ląduejmy na obiedzie oczywiście w zajeździe u Huberta

Po obfitym obiedzie ruszamy podobnie jak na Challenge w kierunku Masywu Włodarza asfaltami do Grządek. Ostro pod górę..

W tle Mała Sowa..

Masyw Włodarza kojarzy mi się z szybkim przelotem szutrówkami, jadąc jednak ten odcinek na spokojnie, mocno doceniam zjazdy – owszem są szybkie, ale dają fun!


Przed Jedlińską Kopą opuszcza nas Albert – zjeżdża do Łomnicy i wraca do rodzinki. Zjazd do Głuszycy na Challenge puszczony jest wąską, ziemista ścieżką i staram się znaleźć ten szlak, niestety okazuje się, że przez prace leśne, ścieżka jest nieprzejezdna. Zjeżdżamy więc rowerowym. Rowerowy szlak w gminie Głuszyca nie oznacza bynajmniej nudnych szutrów – strefa MTB, jej twórcy wiedzą o co chodzi:) Zaliczamy kilka kilometrów szybkich singli, na których można poczuć, co to jest flow:) Nie ma czasu na zdjęcia z wyjątkiem punktu widokowego na dolinę Bystrzycy i Góry Suche..


Przejazd przez Głuszyce śladami MTB Challenge..

Z Głuszycy jedziemy przez Rybnicę w kierunku szlaku do ruin zamku Rogowiec. Szlak od początku jest stromy, ale większość da się wykręcić..

..końcówka jest to ostra wspinaczka. Do skalnych bram u podnóża Rogowca prowadzi wąski singielek, na którym trzeba mieć naprawdę mocne nerwy, żeby pokonać go w siodle..

Widok zarówno spod Skalnych Bram na Dolinę Bystrzycy i Góry Suche..

..jak i z ruin Zamku na Góry Wałbrzyskie, niesamowity.

Co ciekawe na sam szczyt Rogowca prowadzi szlak strefy MTB, a muszę przyznać, że nie odważyłbym się zjechać tą ścieżka. Pisałem już, że autorzy tras wiedzą o co chodzi? ;) Dalej nudnymi szutrami w kierunku Andrzejówki – nie udało mi się namówić reszty na wariant zdecydowanie ciekawszy, tzn przez Jeleniec..

W Andrzejówce spotykamy Alberta z rodzinką – Asią i małym Antkiem. Pijemy kawę, piwko, frytki i w drogę, dzień się powoli kończy i niestety musimy odpuścić zjazd do Sokołowska, podobnie szlak graniczny..

Szutrami docieramy na przełęcz..


..z której mamy co najmniej kilka wariantów powrotu do Łomnicy – wybieramy niebieski szlak Strefy MTB. Początek miodny – wąski singielek z kilkoma niewielkimi uskokami, szybko jednak się kończy i dalej prujemy szutrami, co nie znaczy, że nie jest fajnie. W końcu zjeżdżamy do Łomnicy..

Co mogę napisać? Piękna wycieczka:) Ogromnie żałuję, że ogranicza nas czas, ale z pewnością wrócimy jeszcze do Łomnicy i skorzystam z gościnności Justyny i Łukasza!
/2536608


Kategoria 050-100, Góry, Mbike, Teren, W towarzystwie, xt1

MTB Marathon - Wałbrzych - dojazd/rozgrzewka

Sobota, 7 września 2013 | dodano: 18.09.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst22.74/0.00km w01:05h avg20.99kmh vmax53.70kmh HR 127/156

/2536608


Kategoria 000-050, Mbike, W towarzystwie, xt1

MTB Marathon - Wałbrzych - powrót

Sobota, 7 września 2013 | dodano: 18.09.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst20.83/0.00km w01:10h avg17.85kmh vmax56.70kmh HR 120/149

/2536608


Kategoria 000-050, Mbike, W towarzystwie, xt1

MTB Marathon - Wałbrzych

Sobota, 7 września 2013 | dodano: 18.09.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst55.97/50.00km w04:06h avg13.65kmh vmax47.30kmh HR 154/185

Na wyjazd na maraton w Wałbrzychu czekałem od kilku dni z niecierpliwością i bardziej nie mogłem się doczekać kręcenia po górach w niedzielę niż ścigania się w sobotę. Jedziemy po pracy z Magdą, Jarkiem i Tomkiem – nocleg jak przed rokiem w Łomnicy. Z przygodami udało się dojechać na miejsce, niestety w samochodzie Jarka skończyło się sprzęgło – na maraton musimy jechać rowerami, ok. 20km rozgrzewki. Okazało się też, że gospodarstwo kupili i teraz prowadzą znajomi Alberta, który również przyjechał pokręcić po okolicy – super!

Rano pogoda dobra, nie za ciepło, ale słonecznie. Start przesunięty na 10:30 ze względu na konfigurację trasy. Ruszamy z Magdą przed 9. Sprawnie dojeżdżamy do Wałbrzycha, nieco błądzimy, ale w końcu udaje się dotrzeć na miejsce startu – nowoczesny obiekt sportowy, basen, boisko, równolegle odbywają się imprezy z okazji dni Wałbrzycha. Jakoś nie mam ochoty na ściganie się, po drodze proponuję nawet Magdzie, że pojadę z nią MEGA, ale w miasteczku jesteśmy za późno na załatwianie czegokolwiek w biurze zawodów – zdążyłem tylko kupić żele i stanąć w sektorze. Spotykam oczywiście wielu znajomych:)

Start, przejazd przez uliczki i szutrami wjeżdżamy w teren, zaczynamy wspinaczkę na Chełmiec. Sporo osób od razu mi ucieka, dopiero po jakimś kwadransie zaczynam jechać znośnym tempem. Przed startem sporo zostało powiedziane o trasie – początkowo zapowiadał się łatwy i nudny maraton, ale kilka dni temu Kowal po objechaniu terenów z lokalesami, obiecał MTB. Podjazd w większości prowadzi szutrami, ale nie brakuje wąskich i stromych odcinków. Jest długi i z utęsknieniem wyczekuję pierwszych zjazdów. Jakoś źle mi się jedzie, tempo niby nie jest najgorsze, ale w głowie jestem nastawiony na nie. Pierwszy zjazd zaczyna się super – ostro w dół, wąsko między drzewami, ale krótko – mimo to wyprzedzam jakieś 10 osób. Od razu humor mi się poprawia. Mijanka z bufetem, ale dopiero za kilka kilometrów będziemy mogli z niego skorzystać. Dalej trasa jest łatwa.

Po zjechaniu do Gorców ostry podjazd na szlak wokół Mniszka – mocno w górę po rąbance niczym tłuczniu kolejowym – na jednym z kamieni rzuciło mi koło i wylądowałem w dzikich malinach. Ostre są. Kilka chwil minęło, zanim wydłubałem z dłoni i gripa drobne kolce, a zakrwawione palce obmyłem w wodzie z bidonu. Sam szlak wokół Mniszka bardzo fajny – szybki, twardy singielek, trochę trawy. Zaczynam jechać trochę lepiej. Na kolejnych kilometrach do bufetu mam wrażenie, że kręcimy się wokół jednej góry, ale mimo to trasa jest zróżnicowana, ciągle coś się dzieje, ale za bardzo przypomina mi tą z Sobkowa. W końcu docieram do bufetu. Łapię owoce i dostrzegam z daleka zjeżdżającą Magdę:) Dopinguję i zaczynam się wahać, czy nie pojechać z nią, ale ruszam na swój wyścig.

Kolejne kilometry jadę z zawodnikiem Gomoli – na szybkich szutrach i pod górę jest zdecydowanie mocniejszy, ale na zjazdach szybko go doganiam, uprzejmie mi jednak robi miejsce. Zjazdy z Długiej są całkiem fajne, ale strasznie szybko się kończą – inaczej z podjazdami, mam wrażenie, że ciągną się w nieskończoność.. Przejeżdżamy przez Lubominek, jadący ze mną zawodnik SCS OSOZ na odcinku zaledwie kilku kilometrów trzykrotnie przestrzela zakręt, nie wiem jak to robi, bo oznaczenie jest wzorowe.. Za Lubominkiem jedziemy łąkami – gonię Grześka z SCS OSOZ i w masyw Trojgarbu wjeżdżamy razem. Wyprzedzam Grześka i słyszę za sobą motor pilota, a więc nadjeżdżają MEGOWCY. Spodziewałem się ich w sumie wcześniej, ale trasa szybka i różnice w czasach mniejsze. Szlak zaczyna stromieć, miło popatrzeć z jaką łatwością mija mnie Mateusz Zoń. Na najbardziej stromym odcinku odpuszczam i podchodzę, mijają mnie kolejni zawodnicy, również z mojego dystansu. W końcu docieram na szczyt, z którego rozpościera się świetny widok, jest ławeczka, szkoda, że nie jesteśmy na wycieczce i nie można się choć na chwilkę zatrzymać. Zaczynam zjazdy, a więc zaczyna się zabawa. Wjeżdżam tuż przed dwoma zawodnikami z dystansu MEGA (pierwsze 10-tka). Szlak to typowa rąbanka z rynną po środku, a więc zabawa, żeby nie wpaść do rynny;) W pewnym momencie przecinamy szutrówkę, robi się szerzej – puszczam megowców, ale jeden z nich mówi, żebym jechał dalej, czyli nie jest najgorzej. Dalej jest już łatwo i szybko. Na podjeździe szybko mi uciekają. Całkiem fajny odcinek, chociaż wolałbym ekwilibrystykę na korzeniach, uskokach, kamieniach, a nie rąbankę, której w gruncie rzeczy największą trudnością jest utrzymanie kierownicy w ryzach..

Na kolejnych kilometrach niewiele się dzieje – w głowie mam tylko coraz gorsze samopoczucie. Dojeżdżam do bufetu i zaczynam się zastanawiać, czy nie poczekać na Magdę, fatalnie się czuję i chcę odpuścić ściganie. Po chwili jednak ruszam. Szybki fajny zjazd, ale po chwili pogoniło mnie w krzaki.. W ciągu następnych minut jeszcze dwukrotnie powtarzam wycieczkę (na szczęście jeden z zawodników wspomógł mnie makulaturą..) i decyduję się odpuścić drugą pętlę. Czekam na Magdę i chcę pojechać z nią… Pierwszy raz świadomie wycofuję się z maratonu, głupie uczucie. Nadjeżdża Magda i ruszamy razem, nie ukrywam, że nieźle się zdziwiła.

Razem jedziemy aż do mety. Trasa to głównie szutrówki. Jest jeden fajny, ostry i techniczny podjazd, na którym mija nas Kamil. Po minięciu rozjazdu, na którym stoi Kowal, jest fajny odcinek z mocnym podjazdem singlem, chwilę później ostry zjazd, sekcja korzeni i znowu ostro w dół. Fajny odcinek.. Dopiero później na forum czytam, że odcinek niby bardzo trudny.. może i tak, ale krótki;) Po zjazdach do Lubomina bufet, dokrętka po łąkach i fascynująca walka Magdy z dwoma innymi zawodniczkami na ostatnich kilometrach – trzeba jeszcze popracować nad taktyką, ale na ostatniej długiej prostej w przekopie kolejowym miałem poważne problemy z utrzymaniem koła dziewczynom;) Ostatecznie Magda przekracza metę jako druga.

Na mecie dochodzi do mnie, że odpuściłem. W zasadzie przez cały odcinek jazdy z Magdą o tym myślę. Poddałem się i muszę z tym żyć.. Trasę muszę ocenić jakoś mocno średnią – zabrakło charakterystycznych ciekawych odcinków. Było ich za mało, trudnych zjazdów w zasadzie poza dwoma odcinkami po 100m, nie było – zjazd z Trójgarbu po rąbance nie był fajny.. Mimo, że zeszłoroczną trasę również nie zapamiętałem jako wyjątkowo ciekawą, to trzeba przyznać, że było na niej kilka ciekawych odcinków – Rogowiec, zjazd z Jeleńca, zjazd do Sokołowska, szlak graniczny, a dzisiaj? Takie nijakie nabijanie kilometrów trochę. Może gdybym pojechał do końca w dobrym tempie, byłbym zadowolony z jazdy, wrażenia byłyby inne. Tak czy inaczej o tym starcie chcę możliwie najszybciej zapomnieć..

Powrót do Łomnicy oczywiście na dwóch kołach, ale w towarzystwie Jarka i Tomka.
/2536608


Kategoria 050-100, Góry, Imprezy / Wyścigi, Mbike, Teren, W towarzystwie, xt1

MTB Cross Maraton - Sobków rozgrzewka

Niedziela, 1 września 2013 | dodano: 12.09.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst3.31/0.00km w00:14h avg14.19kmh vmax42.90kmh HR 135/173

/2536608


Kategoria 000-050, Mbike, xt1

MTB Cross Maraton - Sobków

Niedziela, 1 września 2013 | dodano: 12.09.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst76.01/60.00km w03:57h avg19.24kmh vmax54.20kmh HR 159/186

Wyścig w Sobkowie zapowiadany jest jako łatwy, szybki i stosunkowo płaski – taki teren. Ma być jednak ciekawie i ładnie krajobrazowo – a jak Mazi tak twierdzi, to musi być ciekawie. Na maraton jadę jednak mocno wczorajszy po urodzinach brata, bardziej niż drinkowanie, odczuwam brak snu… Po drodze łapie nas ulewa, ale im bardziej zbliżamy się w okolice Kielc, tym niebo się rozpogadza. Sobków położony jest nad Nidą, niedaleko Chęcin, w okolicy jest sporo niedużych pagórków – znam te okolice ze studenckich kursów i bardzo je lubię, sentyment. W dobrym czasie docieramy na miejsce, przebieranie, pakowanie i rozgrzewka – pogoda robi się niepewna, niebo zaciągają ciemne chmury, zrywa się chłodny wiatr – paradoksalnie cieszy mnie to;)

Po kilku minutach opóźnienia startuje w końcu peleton na dystansie Master. Tym razem dostałem sektor i startuję obok Kamila. Początek bardzo fajny, pętelka przy stadionie z fajnym podjazdem. Dziwna sprawa, bo prawie do końca podjazdu trzymam się Romka, dopiero na zjeździe mija mnie Kamil. Przejazd obok stadionu, krótki asfalt, mocny wiatr, a ja bez sensu dociągam do grupki i dalej prowadzę ją i dociągam do kolejnej, w której jedzie Romek – co ja tu robię… Szybko jednak odpadam, w terenie mija mnie sporo osób, trzeba złapać swoje tempo. Trasa nie jest z tych, na których kluczem do wyniku jest dobre koło. Las jest bardzo fajny, podjazdy, zjazdy, piach, korzenie, mijają mnie m.in. dziewczyny z Murapola, Michał i Paweł. Tego ostatniego próbuję się trzymać. W końcu formuje się grupka, w której jedziemy kolejne kilometry. Trasa wyjeżdża na pola, ale nadal jest pofalowana, a widoki rzeczywiście ładne!

Po tym bardzo ciekawym wstępie trasa zaczyna się wypłaszczać, prowadzi szutrowymi i miejscami piaszczystymi drogami. Razem z trzema zawodnikami próbuję gonić grupkę Pawła, jednocześnie staramy się powiększać dystans do zawodników trzymanych za plecami. Jedzie mi się całkiem dobrze, ale Pawła nie mogę dogonić, mimo, że dzieli nas co najwyżej 50 m. Po odbiciu na lekki trawiasty podjazd zatrzymuję się za potrzebą – pomyślałem, że szybko odrobię straty. Minęło mnie dwóch zawodników, ale zabrakło kolejnych, z którymi mógłbym gonić. Co gorsze, trasa wyjechała z terenu osłoniętego od mocnego wmordewindu i czekała mnie długa, a co gorsza samotna walka z żywiołem. Pagórki tez zostawiliśmy w tyle, co nie poprawiało mojej sytuacji. Jadę więc samotnie, co jakiś czas widząc przed sobą kolorowe sylwetki zawodników. Dość długo zajęło mi dogonienie pierwszego z nich – zadowolony, że w końcu będę mógł odpocząć, dociągnąłem, ale okazało się, że jadę znacznie szybciej i… jadę dalej sam. Zaliczam pierwszy jak do tej pory fajny zjazd, wąska ścieżka między drzewami, stromo w dół, niestety zjazd ma jakieś 20 metrów;) Widzę kolejnego zawodnika i mijam go na piaszczystym zjeździe, po którym szybkimi szutrami docieram na pierwszy bufet. To pierwszy z zaledwie dwóch zaplanowanych na dzisiaj pitstopów – dobrze, że nie jest gorąco. Łapię tylko banana, zmotywowany napieram, dojrzałem bowiem przed sobą obie zawodniczki Murapolu – Anię i Kasię.

Za bufetem mamy fajny podjazd i szybkie zjazdy po łąkach, dochodzę dziewczyny. Jakiś czas jedziemy razem, jest kilka podjazdów i jeden szybki fajny zjazd z niebezpiecznymi koleinami – nigdy takich miejsc nie lubiłem, ale… człowiek zmienia zdanie, w końcu coś się dzieje, bo szczerze mówiąc trasa jest łatwa.. Wyjeżdżamy na szybkie szutry. Daję mocną zmianę i dziewczyny zostają, ale nie czekam, bowiem mam przed sobą kolejnego zawodnika. Dociągam na długim podjeździe i dalej jedziemy razem dobrze współpracując. Niestety zawodnik prowadząc przestrzela zakręt i znowu jadę sam. Przed podjazdem pod „wiatrak” dochodzę czterech zawodników – dwóch z teamu Gatta, z którymi jechałem na początku, przed postojem, jeden z krakowskiego Wertykala, najpewniej po defekcie, bo jest zdecydowanie mocniejszy i zaczyna nam odjeżdżać. Nie jest najgorzej. Na szybkim zjeździe po trawie mijam Marka Zająca, który walczy z awarią – przekazuje mi klucze dla Gustawa, wycofuje się. Szkoda. Łapię drugi oddech i staram się podkręcać tempo, dochodzę kolejnych zawodników. Pokonujemy fajny podjazd łące zasłanej wrzosami, szybki piaszczysty zjazd, trochę leśnych szutrówek, przecinamy asfalt i zbliżamy się do wisienki dzisiejszej trasy – przejazdu przez kamieniołom.

Do kamieniołomu prowadzi fajny podjazd w gęstych krzakach, miękkie podłoże, podkręcam tempo, wiem bowiem, że ludzie różnie reagują na widok kamieni i stromych zjazdów. Zjazd do kamieniołomu faktycznie jest stromy, ale bez zakrętów, równo, łatwy. Dalej pętla po trasce przygotowanej zapewne przez crossowców pod wapiennymi ścianami i wyjazd pod jedną z nich. Przejazd przez punkt kontrolny – drugi bufet. Dostrzegam przed sobą Michała i Pawła.

Z bufetu nie korzystam, dodatkowo zmotywowany widokiem kolegów staram się możliwie najszybciej podgonić. Zimna głowa, wsuwam żel. Paweł odjeżdża, ale ciągle zbliżam się do Michała. Trasa bardzo fajna, wjeżdżamy w las, trochę kręcenia po korzeniach i rodzynek – kapitalny zjazd wąskim parowem. Niestety Michał nieco przyblokował, ale szybko mnie puszcza, niestety zjazd jest bardzo krótki, niemniej wrażenia super! Trasa jest pagórkowata, a ja kontynuuję pogoń za Pawłem. Na dłuższych, odkrytych podjazdach, a takie dominują, widzę, że dystans jest w dalszym ciągu niewielki – Gustaw jednak ma przewagę, że ma kompana jazdy. Ja gonię samotnie. Szybko zaczynam odczuwać zmęczenie, bolą mnie plecy, momentami zupełnie nie mogę kręcić – efekt mieszanki zmęczenia i wyjątkowo upierdliwego podłoża, pełnego dziur, kępek trawy?

W końcówce trasy, kiedy już zupełnie pogodziłem się, że Paweł jest poza zasięgiem, zaliczyłem jeszcze bardzo fajny singielek wzdłuż brzegów Nidy. Na ostatnich płaskich odcinkach przez sosnowe lasy dochodzą mnie jeszcze Ania z Murapola i Michał. Niestety ból pleców zupełnie nie pozwala mi nawet próbować się bronić – na korzenistym szlaku oboje szybko uciekają. Ostatni podjazd po trawie i zjazd do mety.

Nastawiałem się na powtórkę najszybszych odcinków z Zagnańska, tzn trzymanie koła i walkę o utrzymanie morderczego tempa. Miło się zaskoczyłem, bo trasa mimo, że szybka, to w kilku miejscach była naprawdę ciekawa, jeśli dodam do tego fajne widoczki i zwyczajny sentyment do tych terenów – nie ukrywam, że naprawdę podobał mi się ten maraton. Co innego moja jazda – zupełnie bez sensu forsowałem tempo na pierwszych kilometrach, zatrzymałem się za potrzebą w najgorszym możliwym momencie, ból pleców, do tego oczywiście kwestia imprezowania dzień wcześniej;)
1 Open / 1 M2 Mariusz Marszałek 3:13:44
34 Open / 17 M2 ktone 3:57:51
Rating 81.5/81.5
3:57:51
/2536608


Kategoria 050-100, Góry, Imprezy / Wyścigi, Mbike, Teren, W towarzystwie, xt1

Test: Maxis Ikon 2.2 3C

Piątek, 30 sierpnia 2013 | dodano: 12.09.2013 | Rower:Mbike Ultimate Carbon | temp ˚ dst25.30/0.00km w01:08h avg22.32kmh vmax29.10kmh HR 109/129

Na tapetę wziąłem model, na którym z przerwami jeżdżę od czerwca zeszłego sezonu – Maxis Ikon 2.2 w wersji 3C. Opona charakteryzuje się gęstym oplotem – 120 TPI, drobnym, gęstym bieżnikiem, miękką gumą i niską wagę – jak na oponę wyścigową przystało – ok. 480 gramów.
W ciągu ponad roku użytkowałem dwie opony i przejechałem na nich sporo wyścigów: dwie etapówki Sudety MTB Challenge, kilka maratonów górskich, sporo startów na łatwych mazowieckich trasach i wiele treningów w łatwym terenie. Jeździłem zarówno z mleczkiem, jak i na dętce i chcę się podzielić swoimi spostrzeżeniami.
Pierwsze co rzuca się w oczy od razu po założeniu opony na obręcz – olbrzymi balon. Model w rozmiarze 2.25 to kawał solidnego laczka. Guma jest miękka, balon opony elastyczny, wyraźnie dopasowuje kształt do podłoża. Pierwsze wrażenia z jazdy – można śmiało schodzić z ciśnienie, dzięki czemu koło tłumi mniejsze nierówności, korzenie, małe kamyczki, żwir, a przede wszystkim zapewnia kapitalną trakcję. Oczywiście wrażenie to jest spotęgowane poprzez zastosowanie mleczka i obniżenie ciśnienia mocno poniżej 2 atmosfer – ja używam mleka Trezado i zestaw ten zapewnia kapitalne właściwości jezdne. Również opory toczenia w moim odczuciu są niskie, guma jest szybka, a dzięki niskiej masie rower dobrze przyspiesza.
http://imageshack.us/a/img5/3008/xcjk.jpg
Wytrzymałość opony na zużycie nie jest wybitnie duża, szczególnie na górskich trasach – ostre kamienie bezlitośnie tną miękką gumę. Doświadczyłem tego niestety podczas tegorocznego MTB Challenge, kiedy to mleko nie było w stanie uszczelnić rozcięcia na ściance opony. Jestem jednak pewny, że przeznaczona na cięższe trasy wersja EXO ze wzmocnionymi ściankami (przy okazji cięższa rzecz jasna) poradziłaby sobie zdecydowanie lepiej. Zakładając jednak na górskie trasy tak lekkie opony trzeba się liczyć z ryzykiem.
Gęsty, ale drobny bieżnik stawia Ikona w szeregu obok takich opon jak Racing Ralph od Schwalbe i Race King od Continentala. Opona jest przeznaczona na szybkie, twarde trasy, świetnie spisuje się na odcinkach piaszczystych, korzeniach. Moim zdaniem opona świetnie sprawdza się również w bardziej wymagającym terenie pod warunkiem, że nie jest bardzo mokro i podłoże nie jest pokryte błotkiem do kostek. Oczywiście dobrzy technicznie zawodnicy poradzą sobie i w takich warunkach:) Z mojej perspektywy Ikon idealnie nadaje się jako opona napędowa i w tej roli jest bardzo uniwersalna. Stosuję ten model w parze z Rocket Ronem 2.25 z przodu. Jest to idealny, uniwersalny zestaw na maratony – wielu zawodników z kraju i gości zza granicy na MTB Trophy czy MTB Challenge postawiło właśnie na ten set. Myślę, że w przypadku dużych kół, margines przyczepności i komfortu jest jeszcze większy i opona daje jeszcze większe możliwości.
Podsumowując Maxis Ikon to świetna wyścigowa i bardzo uniwersalna opona. Zapewnia dobrą przyczepność i świetny komfort na łatwych trasach, ale sprawdza się też w bardziej wymagającym terenie przy dobrej pogodzie. Na górskie szlaki polecam jednak zakup wersji ze wzmocnionymi ściankami EXO.
---------------
Trening
Luźne kręcenie z pracy do domu. Zapowiada się, że jutro przed maratonem nie dam rady zrobić przepalenia, tzn będę miał przepalenie na grillu..
/2536608


Kategoria 000-050, Mbike, xt1